W nocy spałaś bardzo niespokojnie. Dość szybko odsunęłaś się ode mnie, a każda moja próba przytulenia Cię ponosiła klęskę w postaci odpychania moich rąk. Strasznie się wierciłaś, wręcz rzucałaś po łóżku. Cóż… Pewnie nie chciałbym być teraz na Twoim miejscu… Wolę być rano niewyspany… Tak, zdecydowanie 🙂
Nawet nie wiem kiedy zaczęło świtać. Obudziłem się, ale tak jakbym wcale nie spał tej nocy. Było mi strasznie zimno. Ty leżałaś rozłożona na większej części łóżka, a mi został skrawek przy brzegu. Z dwóch kołder, które mieliśmy nie została mi ani jedna. Byłaś poowijana obiema jak tortilla. Patrząc na Twoją minkę – ewidentnie w sosie słodko-kwaśnym 😛
Nic… Trzeba wstać… Wbiłem szybko pod prysznic, żeby się rozgrzać. Ubrałem się i zrobiłem sobie kawkę. Ty dziś pośpij dłużej – pomyślałem – zrobię Ci później cieplutką, świeżą. Gdy dopijałem ostatnie łyki kawy i umysł zaczął już pracować na wyższych obrotach – dochodziła ósma – zacząłem się zastanawiać co Ci dziś na śniadanko zrobić. W głowie przewertowałem wszystko co mnie na kursie ratownika medycznego uczyli. Potrzebujesz dużo magnezu i węglowodanów. Nic na occie, żadnych pikantnych potraw, więc ostrożnie z przyprawami… qrwa… To nie takie proste… Ale w końcu przyszła złota myśl. Czy się sprawdzi? Nie mam pojęcia, ale zaryzykować warto. W końcu zaraz mi otwierają sklep który widzę z balkonu. Ubrałem się i poszedłem na zakupy z nadzieją, że zdążę zanim się obudzisz. Kupiłem gotowe ciasto na croissant, a do tego czekoladę. Truskawki i mandarynki. Wróciłem szybko przygotować Ci jedzonko. Spałaś dalej. Ufff – pomyślałem – zdążyłem. Szybka akcja, piekarnik, sto osiemdziesiąt stopni i niech się grzeje. Ja w tym czasie rozdrobniłem czekoladę, pokroiłem truskawki i kandyzowałem skórkę z mandarynek. Wyciąłem z ciasta trójkąty i zawijając czekoladę razem ze skórkami pokropiłem je nieco sokiem z owocu. To samo zrobiłem w drugiej wersji – tyle że tam jako owoc dodałem truskawki. Patrząc na zegarek dostrzegłem, że dochodzi prawie dziewiąta. Zerknąłem szybko do sypialni, by ocenić sytuację. Spałaś. Na brzuszku. Rozłożona na całym łóżku. Ale jedna stópka wystawała Ci za obrys i nie była przykryta. Szybciutko, ale delikatnie owinąłem ją kołderką. Zyskam tym samym nieco na czasie. Nie obudzisz się z powodu zimnej nóżki, a ja zdążę ze śniadankiem na czas. Wstawiłem wszystko do piekarnika i pozostało już tylko czekać… i czekać… Tak, te czterdzieści minut to nie śmignie szybko jak weekend w Twoim towarzystwie.
W końcu były gotowe. W między czasie zrobiłem kawkę. Ty nadal spałaś. Prawie dziesiąta – pomyślałem patrząc na zegarek – najwyższy czas Cię obudzić. Najwyżej dośpisz na popołudniowej drzemce. Zapakowałem kawkę i jedzonko na tackę, wszystko świeżutkie, cieplutkie i pachnące. Zaniosłem do sypialni. Stawiając to wszystko obok łóżka patrzyłem jak słodko śpisz. Buziakiem w nosek próbowałem Cię obudzić, ale odgoniłaś się ręką ode mnie jak od muchy. „Najmilsza…” – szepnąłem do Twojego uszka. Pomamrotałaś coś pod nosem i obróciłaś się plecami do mnie. Cóż… To nie będzie jednak takie proste… Każda moja próba smyrania Cię po włosach, policzku, uszku – kończyła się reakcją odganiającą komara. Fakt. Przyssałbym się do Twojego ciałka. Ale teraz chciałem żebyś zjadła ciepłe śniadanko. Po kilku próbach się udało. Oczka się lekko uchyliły, patrząc na mnie z lekkim uśmiechem się przeciągnęłaś uroczo i usiadłaś. Po czym w momencie spoważniałaś i niemal z przerażeniem wybiegłaś do łazienki po drodze tylko rzucając: „fuck… przeciekam…”.
Choć raz to nie ja poplamiłem prześcieradło – śmiejąc się do siebie pomyślałem. Szybko je zwinąłem i rzuciłem w kąt przedpokoju, żeby dać je później do prania. Rozłożyłem milusi kocyk zamiast niego i czekałem aż wyjdziesz z łazienki. Po chwili wróciłaś. Stanęłaś w drzwiach z minką jakbyś właśnie rozbiła dwustuletni wazon i już chciałaś coś powiedzieć, ale ja Ci przerwałem mówiąc tylko „Ciiiii…, siadaj, śniadanko czeka”. Tuptając jak kaczuszka z kolankami prawie złączonymi ze sobą usiadłaś. Patrzyłaś na mnie nadal jakbyś chciała coś powiedzieć, ale ja położyłem na Twoich ustach palec (pachnący jeszcze ciastem) i powiedziałem: „Wypierze się… Śniadanko tu masz, mam nadzieję, że będzie smakowało” i podałem Ci jeszcze ciepłe croissanty. Powiedziałem które są z czym i sięgnąłem po kawę. Znaczy taki miałem zamiar, bo przed jej wzięciem do ręki powstrzymało mnie Twoje mocne przytulenie się do mnie. Objąłem Cię i też przytuliłem.
Albo byłaś bardzo głodna, albo tak Ci smakowało śniadanko, bo przez moment zacząłem myśleć, że będę musiał iść zrobić tego więcej. Ale szczęśliwa i uśmiechnięta oznajmiłaś, że się najadłaś i było pyszne. Ale Ty nie wiesz, że bardziej pysznie wyglądała Twoja buźka z umorusaną bródką, na której widać było, że czekolada dziś Ci smakuje. Nachyliłem się nad Tobą i ustami zebrałem te resztki czekolady. Chyba Ci się spodobało, choć Twoje oczka pokazały jakbyś się nieco zawstydziła. To było tak urocze, że póki co nie mam słów by to opisać.
Po śniadanku powiedziałem, że idę Ci napuścić wody do wanny na kąpiel. „Ale jak rano kąpiel? Prysznic mi wystarczy…” kolejna mądra się znalazła – pomyślałem. „Zaufałaś mi, że krzywdy Ci nie zrobię przyjeżdżając tutaj. Może trochę przestałaś mi ufać przed przytulnym zakrętem, ale później nadal mi ufałaś – zaufaj i teraz proszę” powiedziałem i nie czekając na Twoją odpowiedź poszedłem do łazienki. Nalałem bardzo ciepłej, prawie gorącej wody, ale bez soli i innych dodatków. Przygotowałem Ci świeży ręcznik i szlafroczek. A gdy wyszedłem z łazienki, podszedłem do Ciebie, złapałem za pupę ściskając lekko Twój pośladek i jednym ruchem, bez słów wygoniłem do wanny. Bo to takie trudne do ogarnięcia, że ciepła kąpiel zdejmuje napięcia mięśniowe, a tych nie brakuje w trudnych dniach u kobiet… Uparciuch…
Po kąpieli wyszłaś jak nowo narodzona. Radośniejsza i mniej obolała. Zaproponowałem wycieczkę po płaskim terenie, by nie marnować ładnej pogody i mojego urlopu. Po lekkim zastanowieniu się – wyraziłaś chęć.
Zabrałem Cię na rzymski most, który ocalał jeszcze z czasów, gdy imperium sięgało tych terenów. Niby zwykły mostek. Pośrodku niczego. Ale miał swój urok i tworzył niezwykły klimat. I faktycznie wycieczka była po całkowicie płaskiej drodze z położonym nań asfaltem. Spodobało Ci się. Starałaś się jakby odrobinę to ukryć, ale jednak. Powoli zaczynałaś dostrzegać świat moimi oczami. Zauważać detale, szczegóły, które powodują, że coś przestaje być zwykłe. Że to coś ma w sobie pewną magię, ma swoją historię, swój urok…
Żeby nie tracić czasu i nie wymyślać co dziś będziemy jedli na obiad zabrałem Cię kilka wiosek dalej. W totalnie niepozorne miejsce. Po przejechaniu kilku ciasnych uliczek, węższych niż te do pałacyku – znaleźliśmy się w pomiędzy ogródkami działkowymi. Ewidentnie nic ciekawego. Kolejne dwa zakręty i Twoim oczom ukazał się podjazd jak do jakiejś hurtowni kosmetyków. Ale kolejny zakręt już jadąc po parkingu odsłonił przed Tobą małą knajpkę, restauracyjkę. Zadaszenie przed wejściem, klimatyczna dekoracja, ozdobne lampeczki wiszące na sznurach. Zaparkowałem i wysiedliśmy. Przed wejście wyszła Pani. Szefowa. „Dzień dobry Panie Łukaszu” powiedziała uśmiechając się. „Te lampki na tarasie to był super pomysł”- dodała. Ty jakby nieco zdziwiona faktem, że w sumie to też na to pierwsze zwróciłaś uwagę, a dodatkowo w Twojej głowie zawirowała myśl, „Ale jak? Ze to On zrobił te światełka? Hmmm… Znają się… pewnie tak… „
Obejmując Cię ruszyliśmy w stronę wejścia i tej Pani. Jeszcze z parkingu zawołałem do niej „Poprosimy dwie porcje najbardziej polskiej potrawy, specjalności tego lokalu i półsłodkie winko dla tej damy” wskazując wzrokiem na Ciebie, „A dla mnie sok jabłkowy”. Pani się uśmiechnęła i zapytała: „To menu Wam niepotrzebne?” Odparłem: „Nie dzisiaj, nie. Dzisiaj chcę wypieścić podniebienie tej damy, a lepszego lokalu w promieniu trzystu kilometrów nie znam”. Pani się szeroko uśmiechnęła i witającym gestem wprowadziła nas do środka. Usiedliśmy przy stoliku, a Ty jakby lekko zawstydzona patrzyłaś na mnie i na szefową. Dałem Ci całusa, choć przez moment jakbyś się broniła.
Po kilkunastu minutach szefowa przyniosła pierogi z mięsem, ze skwareczkami i innymi dodatkami… Podając nasze porcje z uśmiechem powiedziała: „Wreszcie widzę tu Pana w towarzystwie pięknej kobiety, a nie ciągle samego”. Cóż… odparłem: „Nie tak łatwo znaleźć piękną kobietę, która lubi pierogi” i uśmiechnąłem się do szefowej. Ty nieco opuściłaś głowę jakby zawstydzona. Złapałem Cię za bródkę delikatnie paluszkiem i unosząc ją do góry dałem buziaka. Życzyłem Ci smacznego i dodałem tylko jeszcze, że jeszcze nie jadłaś tak dobrych pierogów nigdzie do tej pory. Popatrzyłaś na mnie jakbym podważył teorię o tym, że masło jest maślane.
Do momentu, gdy nie spróbowałaś…
Po pierwszym kęsie w Twoich oczkach pojawiły się iskierki. Takie subtelne, ale nie dałaś rady ich ukryć. Skupiłem się więc na swojej porcji i własnym talerzu, byś mogła spokojnie zjeść. Po pierwszym pierogu wtuliłaś się w moje ramię i powiedziałaś, że są boskie… Wiedziałem gdzie Cię zabrać. Ale dreszczyk emocji, czy akurat Ci się spodoba zawsze gdzieś tam jest na plecach i na karku.
Gdy skończyliśmy obiadek i szefowa przyszła zabrać talerze – powiedziałem do niej: „Jak dla mnie wyśmienite. Jak zawsze zresztą, a Najmilsza powiedziała, że są boskie”. Szefowa się uśmiechnęła i pewnie też ucieszyła, że nam smakowało. Ty Najmilsza zarumieniłaś się mocno jakbym wyjawił największy Twój sekret. Ale tu w okolicy wszyscy wiedzą, niezależnie jakiej są narodowości, że jak jeść pierogi – to tylko w tej restauracji… Najlepsze! A ja też wiem co jest najlepsze… Połączenie najlepszych pierogów w okolicy z towarzystwem Najmilszej mi osoby. Nie ma chyba nic bardziej wyśmienitego 🙂
Po powrocie do domu i oczywiście Twoich oględzinach sfer intymnych udaliśmy się na drzemkę, bo przecież nie ma nic lepszego jak móc spędzić w ciągu dnia, zupełnie legalnie, bez obowiązków – godzinkę pod kołderką słodko śpiąc. A że na uwadze mam zawsze – „Polak głodny, Polak zły” – wiedziałem, że choć przez tą godzinkę mój sen nie zostanie zakłócony przez Twoje wiercenie się.
Obudził mnie zapach kawy. To Ty Najmilsza, wstałaś wcześniej niż ja i zrobiłaś dla nas kawkę. Usiadłem na łóżku z nadzieją, że zaraz mi ją podasz, ale zamiast niej dostałem Ciebie, która radośnie wskoczyła mi na kolana i wtulając się we mnie powiedziała: „Nawet nie wiesz, jak na mnie działasz…”. Otóż wiem, w przysłowiach jest sporo prawdy… Przez żołądek do serca – podobno 😉 Jest też jeszcze jedno powiedzenie, które by teraz pasowało… ale to na razie tajemnica 😉
Dalej siedząc mi na kolanach podałaś nam kawki i tak będąc bliziutko siebie, piliśmy je – umilając sobie czas rozmową, żartami, uśmiechami i przerywając tylko na buziaki.
Zresztą do wieczora miałaś już lepszy humor, więc praktycznie całe popołudnie spędziliśmy jak to normalnie w domu. Czyli ja coś musiałem ogarnąć, Ty też, a co chwilę się zaczepialiśmy i dawaliśmy sobie buziaki. A to Ty podeszłaś i dałaś mi klapsa, innym razem ja stanąłem za Tobą i wymasowałem Ci ramiona…
Wieczorem położyliśmy się do spania. Przytuleni. Tej nocy już się tak bardzo nie wierciłaś po łóżku 🙂













